Co słychać w polskiej muzyce?

8220088189_a916243e6f_k

Pewnie powinienem zrobić zestawienie zamiast podsumowywać rok tekstem ciągłym. Ludzie nie lubią czytać z kilku względów. Nie dość, że zwykle jest o wiele za dużo napisane, to najpewniej nie na temat, a do tego można było stworzyć listę w formacie „okładka-tytuł”. Trochę zatem wbrew i na przekór, w koszulce The Clash, naskrobię co nieco o minionym roku.

Polski przepis na paradoks

Zdawać by się mogło, że odnoszenie sukcesów na zachodnich scenach festiwalowych i szeroko rozumiane „bycie zauważonym” powinno gwarantować pewien status na rynku rodzimym. Klops. Tides From Nebula czy Votum to najbardziej jaskrawe przypadki tej polskiej przypadłości. TFN nagrali już czwarty, znakomity post-rockowy album. Powiedzieć, że na światowym poziomie to truizm. Konsekwentnie podążają własną, zaplanowaną starannie, artystyczną ścieżką. Dla mnie, słuchacza niesamowicie ważne jest to, że totalnie nie wiem, w którym kierunku podążą. Zaskakują. Droga jaką przebyli od wydanego w 2009 debiutu „Aura” do ostatniej płyty robi spore wrażenie. Votum z kolei jeden z naszych najjaśniejszych punktów na mapie muzyki progresywnej. Kiedy już myślałem, że „Harvest Moon” w 2013 roku wyraźnie zaznaczył kierunek rozwoju zespołu, wrócili płytą „:KTONIK:”. Jakże inną, o ile bardziej mroczną. Dalej oczywiście należy wymienić Blindead i album „Ascension”. Trudny w odbiorze jeśli patrzeć na niego przez pryzmat legendarnego już chyba „Affliction”.

Mając zatem przynajmniej kilka bandów o wielkim potencjale muzycznym i niewątpliwie sporych możliwościach marketingowych nadal medialną twarzą polskiej muzyki rockowej są bracia Cugowscy. Takie tango! Synowie słynnego ojca i pierwsi kolędnicy III czy IV RP – zgubiłem rachubę. Żeby było jasne, nie ma absolutnie nic złego w tym, że artysta czuje potrzebę pośpiewania „Lulajże Jezuniu”, ale jeśli jest znany głównie z tego, a wydawanie płyt z zespołem robi dodatkowo, to trochę tak jakby Oscara za pierwszoplanową rolę męską dostał facet z reklamy proszku Persil.

Wyznaczanie ekstremum muzyki

W ekstremalnych brzmieniach w Polsce status quo. Nie dziwią sukcesy Furii, Obscure Sphinx czy Entropii. Nihil w tej chwili to zdecydowanie bardziej człowiek instytucja niż „tylko” muzyk. Czegokolwiek by nie wydał odnosi wielki sukces. Jeszcze kilka lat temu zdawać by się mogło, że black metal pozostanie już tylko niszową rozrywką dla miłośników nieustannego blastu, tymczasem polskie zespoły bardzo umiejętnie wpisały się w „recovery plan” tego gatunku. „Księżyc milczy luty” nie jest tylko sukcesem regionalnym, wyskokiem na rodzimej, ciasnej scenie. To płyta szeroko uznana, wyraźny głos na rozwijającej się scenie „hipster-black metalu”. O ile śmieszy mnie bardzo to zasłyszane gdzieś określenie, tyle (być może krzywdząco, ale jednak!) pokazuje ciekawy, nieszablonowy rozwój. Black metal w wydaniu Nihila absolutnie nie jest godziną drapania w zawrotnym tempie po strunach i walenia w blast – byle szybko. Zarówno Entropia jak i Obscure Sphinx to zespoły o uznanej marce w metalowym świecie. Oba wydały płyty ugruntowujące ich pozycję. O ile Entropia zrobiła to w charakterystycznym dla siebie stylu to Obscure Sphinx, po rewelacyjnej „Void Mother” nie próbowali doskoczyć do zawieszonej potwornie wysoko poprzeczki. „Epitaphs” to już zupełnie inna opowieść, nowy rozdział. Nie należy zatem odbierać tego albumu jako kolejnej części „Void Mother”, zbioru utworów które można dowolnie zamieniać pomiędzy płytami nie dostrzegając różnicy.

Złoto, Tarantino i konie

 Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że wśród twórców płyt łagodniejszych wyróżnię dwoje laureatów polskich talent show zaleciłbym puknięcie się cegłą w czoło. Byle mocno. Ja absolutnie nie twierdzę, że talent shows nie skupiają zdolnych wokalistów. Wręcz przeciwnie, częstokroć są to piekielnie zdolni ludzie, których medialna maszynka wkręca w okładki kolorowych pism i tworzenie muzyki dla ludu. Programy telewizyjne dając potężny zastrzyk marketingowy zabierają młodym ludziom poczucie estetyki, artystyczny pierwiastek. Swoją drogą trudno żeby było inaczej jeśli młodych „bycia artystami” uczą ludzie, którzy nigdy do takiego miana nie tyle nie dorośli, co nie powinni pretendować. Jasne, są lokalnymi celebrytami, śpiewają kilka razy w tygodniu w nadmorskich miejscowościach w ramach Lata z Radiem i nade wszystko pokazuje ich telewizja i pompuje radio. Można się poczuć gwiazdą. Tyle, że nie dzwonią telefony z zachodnich festiwali, język language być za trudny i ta kariera w gruncie rzeczy skurczona jak jajka w zimnej wodzie. W konfrontacji z Muzyką przez wielkie M i Artyzmem (przez wielkie „A”) nadal 0:3.

Tym bardziej cieszy, że i Brodka i Zalewski skutecznie odcięli pępowiny telewizyjnych karierek młodzieńczych lat i po latach postanowili robić coś co czują a nie to w czym pieniądze czują ich doradcy specjalizujący się w promowaniu lokalsów. Pan Zalewski to już prawie 33-letni facet, zresztą i Brodka skończy niedługo 30-tkę. Z dzieciaków po wielu latach od debiutów przeobrazili się w artystów dojrzałych, wydających ciekawe, ambitne płyty. Zalewski po bardzo dobrej „Zelig” wydanej w 2013 roku, zdecydowanie utrzymał poziom tworząc album jeszcze bardziej radiowy, jeszcze bardziej hitowy i o dziwo nie jest to żaden zarzut. Brodka z kolei ruszyła zdecydowanie pod prąd i po 6 latach od wydania „Grandy” zaproponowała bardzo nowoczesne, pachnące odrobinę Los Angeles wydawnictwo. Skazane na marudzenie w polskich mediach i szum za granicami. Jeśli spróbować wyjść poza polski, ciasny rynek to tylko w ten sposób. Z nieskrywaną przyjemnością kumulując w kiszce stolcowej opinie rodzimych znawców.

Jest jeszcze Julia Marcell, którą kiedyś, dawno temu myliłem z Natalią Lesz. Z pewnością po płycie „Proxy” taka pomyłka nie będzie już miała miejsca. Bardzo dobra, równa płyta, która absolutnie nie wymaga dodatkowej, wzmożonej promocji. Broni się sama, zarówno muzycznie jak i tekstowo.

Surprise, Surprise

Zdecydowanie Tomasz Organek, który po udanym ale wcale nie porywającym debiucie „Głupi” nagrał zdecydowanie lepszą płytę „Czarna Madonna”. Przyznaję, miałem wrażenie, że to jedno maks dwusezonowa gwiazda, a tu miłe zaskoczenie. Z rzeczy dużo mniej oczywistych wymienię przede wszystkim szczeciński TSAR za zupełnie unikatowe w polskiej muzyce połączenie post-rocka i elektroniki. „Medusa” to klimat, którego na rodzinnym rynku brakowało. Jesień i album „Jeleń” bo jeśli definiować pojęcie muzyki alternatywnej to z pewnością przez słuchanie tego albumu. A może nawet więcej: jeśli chcieć obcować ze sztuką pozbawioną konformizmu to w ten sposób.

W szeroko rozumianej elektronice pan Szymon Danis zwany d-primem, który działając solo pozwolił sobie na flirt (oj! chyba nawet poważny romans) z dźwiękami nieoczywistymi, trudną sztuką posługiwania się umiejętnie słowem i szukaniem melodii tam gdzie na pozór nie powinno jej być. Wreszcie na koniec Niechęć czyli prawdopodobnie najlepszy z polskich niedocenianych bandów. Bawią się jazzem bo potrafią, mogą i chcą. Robią to znakomicie i jeśli tak ma wyglądać uchylanie ciężkich drzwi do jazzowego świata dla słuchaczy spoza środowiska – jestem zdecydowanie za!

Zdjęcie główne: Filip Knežić

Dodaj komentarz