Coaching dla muzyków – to byłoby coś!

Mam o trenerach rozwoju osobistego zdanie podobne do tego jakie prezentuję wobec kierowców z premedytacją wjeżdżających w kałuże, żeby ochlapać przechodniów. Coaching muzyków przypominałby bez mała, proces pompowania brzydko pachnącym powietrzem rozdętych do granic możliwości baloników i czekania kiedy pękną i zapaszkiem wypełnią przestrzeń wokół. Ni to celowe, ni śmieszne (no może odrobinę), ale taki „eksperyment myślowy” przeprowadziłem w nocy wpatrzony w sufit nie mogąc zasnąć.

Proces treningu Kanye Westa na przykład, sprowadzić można do permanentnego szukania miejsca gdzie jest wentyl bynajmniej nie po to by wpiąć pompkę.

kanye

Zresztą coaching większości raperów zapewne skończyłby się radykalnym wzrostem zachorowalności na gigantyzm moszny bezpośrednio związany z kosmiczną nadprodukcją testosteronu nie mającego ujścia. Ergo kroki spodni powędrowałyby jeszcze niżej, najpewniej poniżej stopy.

Muzycy rockowi, szczególnie progresywnego nurtu to zupełnie inna historia. Trening osobisty w ich przypadku to gwarancja tworzenia płyt trwających dobę, o strukturze:

a) 10 godzin intro, z punktem kulminacyjnym w postaci szumu Adriatyku, radykalnie różniącego się od szumu Morza Egejskiego, o czym wie przecież każdy fan post progressive hiper depressive downtempo industrial new wave rocka;

b) grany obowiązkowo na 7/13 z przedtaktem przedtaktu temat;

c) solo na klawiszu, przywodzące na myśl wakacje sprzed lat, kiedy 11-letni Steven Wilson spędzał lipiec na poszukiwaniu czereśni o kolorze absolutnej czerwieni w „podlondyńskich” sadach serbskich imigrantów;

d) trwające 12 godzin outro – nocny szum przedmieść Birmingham, przerywany rytmicznie demonicznym miauczeniem Kota z Cheshire.

Rozmarzyłem się.

ragnar

Dalej tylko gorzej. Wiking metalowy band, żeby zagrać koncert w Londynie czy Paryżu musi najpierw zdobyć miasto realizując tym samym odwieczny sen o Walhalli. Blackmetalowcy przestają w tekstach czcić Szatana roszcząc sobie prawo do miana Lucyferów czy innych Bezlebubów w wersji 2.0, tworów odległych od anachronicznego i słabego wobec wpływu dobra konceptu upadłych aniołów. Anton Szandor LaVey z miejsca staje się dla nich czarną wersją Hansa Christiana Andersena. Grunge’owcy nie nagrywają płyt wcale, gdyż byłby to jasny sygnał dominującej roli popkultury i konsumpcyjnego stylu życia wobec, których wyraźną słabość okazał przed laty Kurt Cobain – homme fatale światowej sceny grunge. Płyty ambientowe składają się wyłącznie z ciszy, a różnicę między sztuką a kiczem definiuje jasno sposób jej nagrania. Thom Yorke sprowadzony do roli „multi kulti” Zenka Martyniuka cyklicznie obsługuje festyny letnie w podradomskich gminach, z rzadka na przedmieściach Essen. „No Surprises” gra każdy band weselny i śpiewane przez wszystkich biesiadników kończy zawsze imprezę.

Ja z kolei zamykam się w sobie i przestaję opisywać muzykę z racji zupełnie niegodnego kontaktu ze sztuką wysoką pióra.  Większość artystów rezygnuje z tworzenia czegokolwiek czekając na pokolenie bardziej godne obcowania z naznaczonym stygmatem przejawem ingerencji Absolutu w ziemski „padół”.

Dzień dobry. Wszyscy umrzemy.

Dodaj komentarz