Czas umierać!

ARS ELECTRONICA FESTIVAL 2011: origin - wie alles begann

Żeby kreować, pretendując do miana Twórcy, Artysty trzeba mieć wenę! Tfu! Nasłuchałem się przed laty bredni o wenie, dziś łapiąc się czasem na powrocie do tego paskudnego przekonania. Żeby tworzyć trzeba mieć coś do powiedzenia – kropka. Środki wyrazu, ekspresja to jedynie ozdobniki, rzecz jasna ważne, mimo wszystko jednak wtórne wobec idei. Nadmierne skupienie na formie to najkrótsza droga do zachłyśnięcia się własnym ego. Permanentnej masturbacji własną wspaniałością.

Balans

Proces tworzenia jest nieustannym balansowaniem na granicy depresji wynikającej niedoskonałości warsztatu uniemożliwiającej przelanie na papier czy dźwięk pomysłu, a zachwytem nad jednym taktem, zdaniem, które brzmią dokładnie tak samo jak w głowie. Frustracja jest bowiem katalizatorem doskonalenia, etapem w dążeniu do nieosiągalnego absolutu, a nie przyczynkiem do powolnego rżnięcia zardzewiałymi nożyczkami żył wzdłuż. Jonny Greenwood z zachwytem schodząc ze sceny spytał kiedyś Thoma Yorke’a po koncercie jak mu się podobało. Spierdoliliśmy outro ostatniego kawałka, kurwa – usłyszał.

I wydawać by się mogło, że gorzki frustrat, kapryśnik i tetryk. Tyle, że w tym przypadku kontekst ma ogromne znaczenie. Radiohead kończyło koncert absolutnie ulubionym utworem Thoma „How To Disappear Completely”. Niezwykle osobistym w warstwie tekstowej o przemijaniu, odchodzeniu, znikaniu w zasadzie. To utwór, którego tekst dopiero w połączeniu z zanikającymi przy końcu dźwiękami tworzy przejmujący, a przede wszystkim pełen obraz. Kompletne dzieło, które w ocenie jego twórcy zostało niepełne, pozbawione istotnego elementu – finału.

Zachwianie

Świadomy twórca winien zdawać sobie sprawę z tego, że wywiera wpływ na swoich odbiorców. Zawsze. Niezależnie od tego czy jest ich dwoje, pięcioro czy milion. I jeśli wymienić w tym miejscu główny grzech mainstreamu to byłby to fakt, że młodzi, zdolni, popularni osiągając szczyt nadal nie wiedzą co chcieliby przekazać. Utwierdzani w przekonaniu o własnej wyjątkowości stają się specjalistami „wszech dziedzin”. Mówią często, ale byle co i byle jak, dając tym przyzwolenie na bylejakość. Pozbawioną choćby krzty powściągliwości bezwartościowość.

Jeśli szukać w tym zjawisku naszej winy, to w przyzwoleniu, zaniechaniu dyskusji, poddawania w wątpliwość. Może jest już nam w skórzanych fotelach na tyle wygodnie, że przestaliśmy oczekiwać treści zadowalając się rzędami migających światełek, jaśniutką łuną i kolorowym dymem o zapachu lawendy?

Jeszcze nie czas!

Pamiętam zabawną rozmowę sprzed dwóch lat (chyba), z kolegą, niezwykle zdolnym muzykiem.

- Gdzie twoja płyta? – spytałem z nieskrywaną złośliwością.

- A twoja książka?

- Nadal nie mam tak wiele do powiedzenia, żeby nadawało się na książkę.

- Nadal nie mam tak wiele do powiedzenia, żeby nadawało się na płytę.

Zdzwoniliśmy się ostatnio, po kilku miesiącach milczenia.

- Gdzie twoja płyta? – spytałem.

- Gdzie twoja książka?

- Nadal nie ma, ale już wiem co chcę powiedzieć.

- Czyli nie czas umierać.

- Nie czas.

Prawie pada deszcz, co jest jeszcze gorsze od największej nawet ulewy. Zdania się nie kleją a słowa lepią w dziwaczne zbitki. I jasne, że można w takie dni jak dziś okryć się w domu kocem, pożerając tabliczkę czekolady palić papierosa za papierosem i czekać aż leżące na stoliku nożyczki zardzewieją. Tylko jeszcze nie czas.

Zdjęcie główne: Ars Electronica

Dodaj komentarz