„Nie wiem dokąd stąd zmierzam, ale obiecuję – nie będzie nudno”

david

Zwykle pisząc, nawet o ważnych sprawach, staram się nie brzmieć patetycznie. Nadmiernie pompatyczny ton niesie za sobą ryzyko popadnięcia w banał, przejaskrawienia w miejscach gdzie pastelowe barwy są aż nadto wystarczające. Ale wiecie co? Dziś mam to w dupie. David Bowie był (cholernie dziwnie się to pisze) dla mnie artystą wyjątkowym, a jaskrawość, akurat w jego przypadku jest w pełni uzasadniona.

Kiedy byłem małym chłopakiem, wchodzącym dopiero w muzyczny Świat marzyłem, dość skrycie, o spotkaniach z wielkimi rockmanami. Ot, zupełnie niewinne testowałem granice wyobraźni. Później czekałem, aż będę na tyle dobrze znał angielski by móc pisać do nich listy, czekając tygodniami na odpowiedź. Po latach dorosłem. Dorosłość barwi młodzieńcze marzenia szarością zdrowego rozsądku. Rano, usłyszawszy o tym, że David Bowie zakończył ziemski etap swojego, niezwykle barwnego istnienia i zmierza ku nieznanemu, obiecując, że nie będzie nudno, poczułem smutek. Dwojaki. Zwykły, trywialny, bo koniec zawsze przychodzi za szybko. Niepokojący, połączony, z absurdalną złością na samego siebie, że porzuciłem dawno temu marzenia o tym, żeby między innymi Davidowi napisać jak jest ważny.

Miałem 12,13 lat kiedy pierwszy raz usłyszałem „China Girl” – cover Iggy Popa (o czym rzecz jasna nie miałem wtedy pojęcia, bo Internet był dobrem istniejącym zaledwie w zarodku) z płyty „Let’s Dance”. Taki popowy numer z maleńką Azjatką z długimi paznokciami w teledysku. Oczywiście nie miałem wówczas pojęcia, że David Bowie to facet, który wcześniej wydał kilkanaście, bardzo różnorodnych albumów. Disco-rockowe wcielenie Davida, dziś po latach, nie jest moim ulubionym. Pozostaje jednak w pamięci jako najdalsze, najczytelniejsze, to do którego wracam z nostalgią.

Po kilku latach trafiłem na „Reality” i „Hours”. Z większą dojrzałością słuchając takich utworów jak „Bring Me the Disco King” czy „Thursday’s Child”, kompozycji, które zachęciły mnie do sięgnięcia po wcześniejsze albumy, przede wszystkim te z lat 70-tych. Dopiero spojrzenie na Davida w całości, we wszystkich jego wcieleniach pozwoliło docenić kunszt, wywołało reakcję: jak mogłem przegapić to wcześniej? Od Major Toma przez Ziggy Stardusta czy Aladdin Sane’a po Thin White Duke’a. Całe spektrum postaci, wcieleń, które zupełnie odrębnie mogłyby stanowić kanwę twórczości kolejnych artystów. Jeśli nie to świadczy o wielkości, to co w takim razie?

W 2013 roku usłyszałem „The Next Day” – oczarowało. Wracałem do tej płyty wielokrotnie, doceniając muzykę, ale także to, że będąc dojrzałym artystą można TWORZYĆ zamiast odcinać kupony od sławy. I kiedy pełen nadziei i zachwycony singlami nowej płyty czekałem by posłuchać „Blackstar” w całości dowiedziałem się dziś, że David ruszył w drogę. Parafrazując Artystę należy w tym miejscu napisać, że „nie wiadomo dokąd, na pewno jednak nie będzie tam nudno”.

Szkoda, że dopiero kiedy Artyści odchodzą zaczynamy doceniać ich w pełni.

Dodaj komentarz