Płyty, które powinny być bestsellerami #22 (Wovenhand „Refractory Obdurate” 2014)

ref3

Pamiętam doskonale dzień, w którym pokazałem grupie znajomych zespół grający progresywne country. „Że co kurwa?” – spytali życzliwie, a ja bardzo spokojnie wyjaśniłem czym jest Wovenhand i jak bardzo odbiega stylistycznie od czegokolwiek co słyszeli do tej pory.

Właśnie. A Wy słuchaliście kiedyś muzyki country doprawionej progresją? Trudno to sobie nawet wyobrazić, jeśli nigdy nie słuchało się Wovenhand. Zacznijmy zatem tak jak my wtedy, od znakomitego „Hiss”, przedostatniego utworu z „Refractory Obdurate”.

Kiedy już mniej więcej wiemy czym jest muzyka Wovenhand pora bliżej poznać Davida Eugene Edwardsa, lidera i główną przyczynę tego, że ten zespół w ogóle istnieje i nagrywa to co nagrywa. Wychowany na muzyce Johnny Casha i Nicka Cave’a, bardzo uduchowiony, nie stroniący od szczerego przekazu w tekstach i zadawania nieoczywistych pytań. Bardzo łatwo przekroczyć granicę pomiędzy zaangażowaniem i charyzmą a przerysowaniem graniczącym z groteską. David do groteski nie zbliża się nawet na krok. Słuchając „Refractory Obdurate” (zatwardziałej, nieczułej) opowieści człowieka z niewątpliwym bagażem doświadczeń masz wrażenie obcowania z czymś więcej niż tylko muzyką. David tradycyjnie już (bardzo podobne wrażenia miałem słuchając wydanego w 2006 roku „Mosaic”) ofiaruje słuchaczowi cząstkę siebie. Choć mam wrażenie, że „ofiaruje” to zbyt delikatne słowo, dużo bardziej adekwatne było by „wyrwaną, wydartą cząstkę siebie”.

Nie mam złudzeń. Zespół Wovenhand nie zyska w Polsce popularności na jaką zasługuje wydając bardzo równe, świetne albumy. Są w muzycznym świecie artyści, dla których dużo ważniejsza od globalnej popularności jest świadomość tworzenia i wewnętrzna zgoda, której rzeczone tworzenie jest przyczyną. Muzyka Wovenhand to upust emocji, wrażliwości i chyba w pierwszej kolejności własnych, bardzo trudnych doświadczeń. Proces, w którym efekt finalny, odbiór słuchacza ma drugorzędne znaczenie wobec oczyszczającej fazy komponowania. Paradoksalnie to my, odbiorcy mamy szczęście mogąc słuchać twórczości Davida Eugene Edwardsa i wbrew wieloletnim przyzwyczajeniom nasz „wyrok” wyrażany zakupem płyt bądź lekceważeniem artysty nie ma kompletnie żadnego znaczenia.  Drobna, darmowa lekcja pokory od Davida.

Na koniec „Deerskin Doll” z wspomnianej płyty „Mosaic”. Jeden z najbardziej wzruszających utworów jakie znam. Nie umiem słuchać go „w tle innej czynności”. Zawsze kiedy na niego trafiam zatrzymuję się na moment by był w centrum.

 

Dodaj komentarz