Podsumowanie roku 2016 – muzyka ciężka

2 - 0tgf7qm

Dwie gwiazdki

 

Heck „Instructions”

heck

Polaryzują słuchaczy jak mało kto. Od zarzucania muzykom grania totalnego gówna po zachwyty nad ich zdolnościami instrumentalnymi. Od opinii twierdzących, że „Instructions” to młodzieńczy „rzyg” nazywany sztuką po skrajne twierdzące, że są kolejnym wcieleniem Dillingerów. Ja natomiast słucham ich z przyjemnością. Mają na siebie pomysł, zrobili bardzo dobrą, równą, mathcore’ową płytę. Heck to z pewnością band, o którym będzie jeszcze głośno.

American Head Charge „Tango Umbrella”

american head charge

Pierwsza płyta wydana w 1999 roku. Wedle wszelakich obliczeń nie mają prawa już istnieć albo ich muzyka powinna się znudzić. Mają prawo tworzyć nudne krążki i płynąć na fali popularności sprzed nastu lat. Tymczasem wydali najlepszą jak dotychczas płytę. Z zespołu, który tolerowałem bez nadmiernego entuzjazmu wybili się do pozycji bandu, który zrobił muzykę, która mi smakuje. „Tango Umbrella”? Polecam!

Bossk „Audio Noir”

bossk

W latach 2007-2008 otrzymaliśmy od Bossk dwie bardzo ciekawe EP-ki, po latach debiutancki album. Zaskoczyli. Niesamowita przestrzeń, świetne kompozycje i poczucie obcowania z muzycznymi opowieściami a nie tylko utworami. Jest w tej (w założeniu) post-metalowej płycie coś nieuchwytnego, szczypta wyjątkowości, która pozwala oddzielić zespoły dobre od tych o potencjale wybitnym. Bossk zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Czekam z niecierpliwością na kolejny krążek.

Korn „The Serenity of Suffering”

korn

Najlepszy od wielu lat album formacji, co do której przestałem mieć oczekiwania. Kolejnymi płytami trafiali zupełnie obok, gdzieś w przestrzeń zupełnie rozbieżną z obszarem mojej muzycznej percepcji. Usłyszałem „Insane” i mogę śmiało powiedzieć, że to znów jest ten Korn dla którego w śniegu 17 lat temu biegłem po „Issues” w formie kasetowej w malutkim sklepiku na Głogowskiej w Poznaniu. Fajnie, że są.

Gone Is Gone „Gone Is Gone”

gone

Troy Sanders, Troy Van Leeuwen, Tony Hajjar to zdecydowanie wystarczające powody, żeby sięgnąć po ten album. Teoretycznie. W praktyce poza nazwiskami zapewniającymi poziom trzeba jeszcze nagrać dobry, broniący się materiał. Panowie bez wątpienia to zrobili zapewniając słuchaczom dawkę rocka na naprawdę wysokim poziomie.

Russian Circles „Guidance”

russian

Instrumentalne trio, do którego od czasów wydanego w 2008 roku albumu „Station” mam ogromną słabość. Pewnie gdyby nie wielka konkurencja w tym roku z „Guidance” znaleźliby się w czołowej dziesiątce. Nagrali absolutnie świetną, bardzo dobrze wyprodukowaną (Kurt Ballou) płytę. Jeśli jesteście fanami Russian Circles na pewno się nie zawiedziecie, jeśli ich nie znacie – warto poznać, na przykład od tego wydawnictwa.

Twelve Foot Ninja „Outlier”

twelve

Australijczycy to dziś już bardzo uznana marka. Oczywiście po wybitnym „Silent Machine” oczekiwania były wielkie. Sprostali? To zależy jak do tego podejść. Jeśli czekaliście na „Silent Machine 2″ to jednak się zawiedziecie. Jeśli podobnie jak ja, zakładaliście, że z talentu muzycznego i mieszanki djentu, fusion, math rocka i funku powstanie kolejna niepoważna opowieść to będziecie zadowoleni. Poza tym Nik Etik znów robi z głosem rzeczy, o których inni (może poza Mikiem Pattonem) mogą pomarzyć.

O’Brother „Endless Light”

obrother

Duże zaskoczenie. Pamiętam jak sięgałem po tę płytę zupełnie bez emocji nie zakładając nawet możliwości obcowania z muzyką z takiej półki. „Endless Light” to przede wszystkim rewelacyjny progresywny album, przemycający bardzo sprytnie wpływy indie rocka by za chwilę przejść bardziej w kierunku post-hardcore’u. Niesamowita płyta, którą będę odkrywał jeszcze długie miesiące.

Insahn „Arktis”

Ihsahn-Arktis

Insahn znowu to zrobił. Przyznaję się bez bicia, że dziś odrobinę zaciera mi się jego obraz z czasów Emperora. W tej chwili to kompozytor pełną gębą. Facet, który wydaje świetne, progresywne albumy. Oczywiście słychać na nich mniej („Das Seelenbrechen” 2013) lub bardziej („Arktis”) black metalowe korzenie. Płyta to w każdym razie świetna.

Opeth „Sorceress”

opeth

Mieli się skończyć tuż po „Blackwater Park” a już definitywnie po „Ghost Reveries”. Akerfeldt nie dość, że się zestarzał to jeszcze pod wpływem Wilsona złagodniał. Od lat czekamy na płytę, która im nie wyjdzie i… znów się nie udało. „Sorceress” to album bardzo progresywny. Kolejna wycieczka śladami klasycznego rocka. Jasne, można marudzić, że to już nie to samo. Tylko po co? Ilu z Was oddałoby nerkę i mały palec lewej ręki za takie kompozycje?

 

Dodaj komentarz