Podsumowanie roku 2016 – muzyka lżejsza

3 - 5VfynDCTrzy gwiazdki

Polyenso „Pure In The Plastic”

polyenso

Mieszanka gatunków tak na pozór różnych jak indie rock, jazz czy trip hop dała niespodziewany efekt. Album odświeżający oblicze odrobinę już zastałej muzyki popularnej. Tego, że „Pure In The Plastic” to płyta bardzo popowa nie sposób przeoczyć. Przyjemna, dopracowana, melodyjna. Czego chcieć więcej?

Tales of Murder and Dust „The Flow In Between”

tales-of-murder-and-dust

Płyta, która w zasadzie w muzycznym świecie przeszła bez większego echa, co trochę niezrozumiałe biorąc pod uwagę powracającą modę na dźwięki spos znaku Swans. Można oczywiście zamknąć tę płytę w szczelnej szufladzie z napisem „Swansopodobne” i uznać, że to znakomity materiał na support dla Michaela Giry. Niby tak, z drugiej strony to album na tyle wielowymiarowy, że szkoda się tak ograniczać.

Lost In Kiev „Nuit Noire”

lost-in-kiev

Od 2012 roku, czyli wydania płyty „Motions” czekałem aż ten niezwykle intrygujący band pokaże się w kolejnej odsłonie. Nie zawiodłem się ani odrobinę. Wszystko to co w muzyce Lost In Kiev było niesamowite, dramaturgia, sposób budowania napięcia pozostało, ubrane w nowe, piękne dźwięki brzmi niesamowicie. Zdecydowanie warto słuchać.

Nick Cave and the Bad Seeds „Skeleton Tree”

nick-cave

Oczywiście bardziej eksperymentalnie niż zwykle, ale to nadal Nick Cave, do którego mam wielką słabość. Facet, który im starszy tym bardziej wzrusza. Zresztą nawet i bez sentymentu uznałbym tę płytę za znakomitość wartą wielokrotnego słuchania.

The Black Queen „Fever Daydream”

the-black-queen

Greg Puciato (tak, ten z Dillinger Escape Plan) zrobił disco, na dodatek o wiele lepiej od całej rzeszy ludzi zajmujących się tym gatunkiem na co dzień. Z jednej strony uznać należy, że kiepsko to świadczy o twórcach gatunku, z drugiej (o wiele ważniejsze) jakże doskonałym muzykiem jest pan Puciato (Eustis zresztą też) skoro gdzieś na boku skrobnął coś tak dobrego?

Steven Wilson „4½”

steven-wilson

Album opowiadający o samotności w wielkim mieście będący w zasadzie progresywną opowieścią Stevena. Niby niewiele na nim Wilsona jakiego znamy, niby brakuje mocniejszych momentów, ale kiedy porzucić perspektywę „dawnych dokonań” artysty staje się płytą pełną. Opowieścią, której należy słuchać w całości.

Swans „The Glowing Man”

swans

Trochę się bałem, że nie sprostają, że udziwnią do tego stopnia, że stworzą album niesłuchalny, że Michael Gira zrobi płytę do słuchania dla siebie, członków zespołu i najwierniejszych fanów. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie. „The Glowing Man” to chyba najłatwiejszy w odbiorze album Swans w ostatnich latach. Na dodatek pełen pięknych momentów.

Najlepsza trójka

Ulver „ATGCLVLSSCAP”

ulver

Facet, który sporą część życia poświęcił na tworzenie black metalu znalazł patent na robienie pięknych, jazzowo-elektronicznych płyt. Doskonałych, perfekcyjnych a przy tym wszystkim niezwykle przyjemnych w słuchaniu. Powie ktoś, że piszę tak jako fan Ulvera, cóż gdybym nim nie był po tej płycie bym nim został.

Radiohead „A Moon Shaped Pool”

radiohead

Po pięciu latach czekania dostaliśmy od pana Thoma Yorke’a i reszty płytę. Wiedziałem czego się spodziewać, ale byłem podekscytowany jak dziecko. Nie zawiodłem się ani odrobinę. Znakomite dzieło wielkich muzyków.

David Bowie „Blackstar”

david-bowie

Podobno śmierć jest najlepszą promocją. David Bowie wydał płytę genialnie podsumowującą jego piękną karierę. Nic więcej nie trzeba pisać. Wystarczy posłuchać.

Dodaj komentarz