„Porównałbym tę płytę do przechadzki po ciemnym lesie, nie wiesz, co się czai w cieniu, wyostrza Ci się percepcja, wyobraźnia płata figle” – Zbigniew Szatkowski (Votum)

vt

O tym jak to jest nagrywać mroczną płytę czy współpracować z ludźmi, którzy odpowiadali za brzmienie płyt Opeth i Katatonii między innymi rozmawiałem ze Zbigniewem Szatkowskim z Votum.

W 2013 roku zdarzyło mi się napisać artykuł, w którym wskazałem Votum jako jeden z zespołów na polskim rynku, na które warto zwrócić uwagę. Zarówno jeśli chodzi o sferę dźwiękową jak i szeroko rozumiany marketing muzyczny. Macie wrażenie, że w 2016 roku zespół dokonał kolejnego kroku, być może kroków, na drodze którą sami sobie wyznaczyliście? A może to tak nie działa? Może metoda stawiania celów w przypadku muzyków nie działa?

Zbigniew Szatkowski: Podchodzimy do pracy w zespole bardzo projektowo. Mamy podział obowiązków, każdy rok otwieramy, analizą, przygotowaniem listą rzeczy, które musimy zrobić. Takie podejście działało bardzo dobrze w przypadku „Time must have a stop”, potem „Metafiction” i „Harvest moon”: zarówno przy planowaniu nagrań płyt, ich promocji, czy koncertowania. Rynek muzyczny jest rynkiem wysokiego ryzyka, pochłania bardzo dużo pieniędzy, czasu, zaangażowania. Bez odpowiedniego rozplanowania można znaleźć się w miejscu, gdzie drepcze się w kółko. Nam od początku bardzo zależało na tym by mieć pewność, że każde nasze wydawnictwo i każdy koncert to krok do przodu i nawet jeśli zdarzy się moment, że trzeba będzie zrobić dwa kroki do tyłu to tylko po to by wziąć rozbieg. I tak stało się właśnie teraz, mieliśmy wspomniane „dwa kroki do tyłu”, gdy zespół opuścili Al Salamonik i Maciej Kosiński – zdarzenie, które skończyło się kilkoma ładnymi miesiącami poszukiwań odpowiedniego zastępstwa – a teraz nabieramy rozpędu dzięki obecności Piotra Lnianego i Bartka Sobieraja. :KTONIK: to właśnie taki skok.

Mam wrażenie, że nieprzypadkowo pojawił się zwrot „odpowiednie zastępstwo”. Zmiana 1/3 składu zespołu to poważne przedsięwzięcie. Daliście sobie czas, żeby znaleźć kogoś konkretnego czy raczej uznaliście, że tak głęboka personalna ingerencja w sposób zupełnie naturalny musi prowadzić do ewolucji Votum?

Zbigniew Szatkowski: Daliśmy sobie dużo czasu na zmianę. Mieliśmy ponad setkę zgłoszeń na wokalistę, kilkadziesiąt na gitarzystę (choć zakładałem, że proporcję będą odwrotne), spotkaliśmy się finalnie z kilkoma osobami. Materiał okazał się trudny, co pomogło w selekcji, ale głównym czynnikiem, który decydował było i tak dopasowanie do pozostałych 2/3 składu. Szukaliśmy kogoś nie tylko sprawnego muzycznie, ale też osoby, która byłaby w stanie dopasować się do nas temperamentalnie, byłaby zaangażowana, kreatywna i wytrzymałaby z nami siedzenie po kilkanaście godzin tygodniowo w zatęchłej piwnicy z ograniczonym dostępem do światła, świeżego powietrza. Kogoś, kto nie obawiałby się tego ile energii trzeba będzie włożyć w to by być w Votum. Często ludzie przeceniają swoje siły. Po naszej pierwszej trasie europejskiej z Riverside wiedzieliśmy, że nie pomyliśmy się zarówno jeśli chodzi o Bartka jak Piotrka.

No właśnie. Europejska trasa z Riverside, teraz kolejna, marcowa trasa po sporej części Starego Kontynentu. Macie poczucie, że wcześniej „Harvest Moon” a teraz „:KTONIK:” sprawiają, że Votum staje się tworem szerzej rozpoznawalnym? Zresztą, jak obserwuję Wasz rozwój, chyba od samego początku Wasze ambicje sięgały szerzej niż polski rynek?

Zbigniew Szatkowski: Tego nigdy nie ukrywaliśmy: chcemy docierać jak najdalej, a nasza muzyka, jak pokazuje doświadczenie, jest bardzo ciepło przyjmowana za granicą. Często z większym entuzjazmem niż lokalnie. Oczywiście to jest kwestia bardzo dużej ilości pracy, która jest jeszcze przed nami: nie jesteśmy „szeroko rozpoznawalni”, ale z każdą płytą coraz szerzej. Pamiętam, że gdy Votum przekształcało się w swoją drugą wersję, i wychodziło z szczeniackiego grania w dojrzalsze, którego początkiem był „Time must have a stop”, to bardzo często w wywiadach i recenzjach pojawiał się zarzut, że tekst jest po angielsku. Na tamten moment mnie to trochę dziwiło, trochę irytowało, ale z drugiej strony nie przywiązywałem zbyt wiele uwagi do tak prowadzonej narracji. Teraz patrzymy na to inaczej i znacznie większy dystans przychodzi z czasem. Wiem, że droga, którą obraliśmy jest słuszna.

Rozumiem, że naturalną konsekwencją tak wytyczonej ścieżki jest na przykład współpraca z Davidem Castillo i Tony Lindgrenem. Jakie wrażenie robi współpraca z ludźmi ze ścisłego, produkcyjnego topu?

Zbigniew Szatkowski: W świecie muzycznym przyjemnie jest trafić na ludzi, którzy są świetnymi profesjonalistami – zarówno jeśli chodzi o ich systematykę pracy, podejście, terminowość (tak rzadko spotykaną w tym świecie) i finalnie fenomenalną jakość. Zarówno David jak i Tony są przemiłymi ludźmi, bardzo merytorycznymi i do rzeczy. Długo rozmawialiśmy na temat tego, jak płyta powinna brzmieć, analizowaliśmy opcję i wprowadzaliśmy drobne poprawki. Aż sam się trochę dziwie, że w pewnym momencie nie zablokowali mojego numeru telefonu. Jeśli chodzi o współpracę to naprawdę i ich renoma i reputacja była prawdą, po ludzku, ale na najwyższym poziomie. To, że byli to ci ludzie też nie było przypadkowe: długo zastanawialiśmy się, jak chcielibyśmy by krążek brzmiał, poszukiwaliśmy mixów i masterów, które miały w sobie elementy tego czego potrzebowaliśmy, poskładaliśmy to w całość i wybór mógł być tylko taki: Ghostward i Fascination Street.

A zwyczajnie, po ludzku, taka współpraca uczy kompromisu? Mam wrażenie, że dla artystów kontakt z takimi ludźmi jest często momentem kiedy uczą się pokory. To taka swoista konfrontacja własnych wyobrażeń o materiale, ciągle się jeszcze tlących młodzieńczych fantazji o byciu gwiazdą rocka z profesjonalizmem ludzi, którzy „wiedzą jak to robić”.

Zbigniew Szatkowski: Nie bardzo! Ten krążek nie uznawał kompromisów. Wycisnęliśmy z tego materiału wszystko, co było do wyciśnięcia. Faza pre-produkcyjna, kompozycyjna była co prawda oznaczona sporą ilością spierania się, ale widzieliśmy jak krążek ma brzmieć. I to dostaliśmy. Zawsze potem można wrócić do materiału, po milionowym przesłuchaniu i podjąć decyzje, że np. instrument powinien zabrzmieć ciut głośniej, ale to nie jest istotne. Materiał spełnia nasze oczekiwania.

Gdyby zatem pokusić się o porównanie i z pewnej perspektywy spojrzeć na :KTONIK: to muzycznie ciągle jeszcze album młodych, głodnych sukcesu ludzi, którzy ciągle muszą coś udowadniać czy już nieco doświadczonych, umiejętnie budujących opowieść artystów, świadomie dobierających środki do efektu, który chcą osiągnąć?

Uważam, że artyści często są obecni na obydwu punktach tej skali w tym samym momencie: młodzi (często już tylko wyobrażeniem) głodni sukcesu (często po prostu głodni), ale już doświadczeni (często przez życie) i świadomi tego jak budować opowieści (bo realne relację z innymi przedstawicielami rasy ludzkiej zamienili na próbę unieśmiertelnienia się). Trochę nihilizmu z tego wyziera, ale trudno, będzie stereotypowo. Mam poczucie, że dobru środków ekspresji nie był czymś co spędzało nam sen z powiek. Nie jest tak, że mamy bezsenne noce podczas których snujemy się zastanawiając się jaki egzotyczny instrument dodać do aranżu, czy na przykład tybetański śpiew gardłowych zadziała na zwrotkach. Koncepty przychodzą same, i w dużej części są poparte ciężką praca, testowaniem, sprawdzanie, dyskusjami. Jest więcej zespołu w zespole niż jednostki w zespole.

Czyli z czystym sumieniem przyjąć można, że :KTONIK: to album kolektywu, zespołu. Skąd nazwa?

Można przyjąć, że :KTONIK: jest kolektywnym wynikiem pracy i biorąc pod uwagę nasze poprzednie wydawnictwa, gdzie mordowaliśmy się znacznie bardziej, to najspokojniejszym i najbardziej zgodnym w karierze. To pewnie tak dojrzałość tu przemawia, o której wspomniałeś, albo zastrzyk „nowego”. Tytuł płyty odnosi się do podziemi, grecki źródłosłów wskazuje na „wyłaniające się”, „rezydujące pod powierzchnią” – jak bóstwa chtoniczne z czasów antyku. Metaforycznie to przebudzenie i wyłonienie się – dla zespołu, który odkleja poprzednie łatki, czuje, że dość trafnie.

A mieliście problem z łatkami? Jednoznaczne szufladkowanie jako prog metal irytuje?

Trochę tak, ale nie tak bardzo jak sugerowanie „inspiracji” innymi kapelami, których nawet się nie słuchało wcześniej. Traktuje to jako sport: poznaje nowe kapele po tym jak ktoś mi mówi, że z nich zapożyczamy patenty, brzmienie czy cokolwiek innego. Dzięki temu ja personalnie odkryłem Porcupine Tree na przykład. Kłopot jest inny, takie łatki często zamiast pomagać słuchaczom poruszać się po rynku muzycznym zawężają zespołom opcje dotarcia. „Eee. progmetalu nie słucham” utrudnia życie. Ostatnio kolekcjonuje najciekawsze łatki i „inspiracje” którymi zostaje obdarzony. Moim faworytem odnośnie :ktonik: jest „sadboy post prog rock”! To bardzo mi poprawiło humor i jest faktycznie czymś z czym bym mógł się utożsamić. Smutno-chłopcowo-ale-już-post-progrockowo. I daleko od tego co jest teraz coraz bardziej popularne i nazywane przez recenzentów neo progrockiem (a brzmiącym bardzo poważnie retro).

Nie masz wrażenia, że to takie bardzo „polskie”, ta chęć porównania muzyki do jakiegoś znanego zespołu, zamiast skupiać się na istocie? Trochę jakbyśmy ciągle tkwili w poważnym, narodowym kompleksie niższości.

Za granicą jest tak samo, recenzje dobre, oceny wysokie, ale całość obracająca się w 80% w kwestii porównawczej. Ciężko trafić na merytoryczne , analityczne czy na przykład poprawne pod względem technicznym. Często trafia się też „brak jakiejkolwiek wiedzy” o tym o kim się piszę. Pamiętam, że przy pierwszej płycie były plagą literówki i przejęzyczenia w nazwie płyty („time must have a storm”, „time must have a star” itd). w drugiej konsekwentnie pomyłki dotyczą nazwy wytwórni, choć nazwy płyty też lubią być zmieniane.

Jeśli zatem odejść od porównań i spróbować powiedzieć o płycie coś słuchaczom, którzy jej jeszcze nie słyszeli albo nie znają Votum to trzymałbyś się określenia, że to smutno-chłopcowy album?

Powiedziałbym, że to bardzo mroczna płyta, balansująca pomiędzy drapieżną mocą oraz delikatnością. Bartek Sobieraj ma przejmujący, emocjonalny głos, który podkreśla bipolarność tego materiału. Porównałbym tę płytę do przechadzki po ciemnym lesie, nie wiesz, co się czai w cieniu, wyostrza Ci się percepcja, wyobraźnia płata figle i cały czas jesteś pełen napięcia, ale jednocześnie, gdy uniesiesz głowę widać gwiazdy i to jest piękne.

Nawiązując do tytułu płyty pozostaje życzyć Wam przełomu, wyłonienia się z tłumu zespołów? Zresztą sukces singla zdaje się taki przełom sygnalizować.

Każde życzenia będą w porządku. Czeka nas jeszcze sporo pracy – „Satellite” przyjęło się nieźle, w 3 tygodnie osiągając większą oglądalność niż praktycznie jakikolwiek nasz materiał od początku publikacji do teraz, a jesteśmy na rynku już parę ładnych lat, 15/02 ryszyło lyrics video do „Spiral”, a 26/02 w Warszawskiej Progresja Music Zone rusza trasa z Kingcrow. Dzieje się sporo, tak dużo, że nie wiadomo w co ręce włożyć, a jeszcze na dobre nie ruszyliśmy. Chyba się wyśpimy po śmierci.

Dużej dawki energii życzę. Dzięki za wywiad.

Dodaj komentarz